Msza Św. 11.03.2012

Kazanie w czasie Mszy św. Radiowej w bazylice św. Krzyża w Warszawie

ks. prof. UKSW dr hab. Maciej Bała

Siostry i Bracia,

Drodzy Słuchacze Radiowi,

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam obraz Jezusa, który może odbiegać od naszych najczęstszych wyobrażeniach o Nim. Jezus, Syn Boży jest objawieniem najpełniejszym tajemnicy Bożej Miłości. Jest tym, który umarł z miłości za każdego z na, przebaczał grzechy, nie potępiał, uzdrawiał, okazywał współczucie każdemu, kto tego potrzebował. Jest miłości i ukazuje miłość. A powierzchowna lektura dzisiejszej Ewangelii wydaje się odsłaniać inny obraz. Wypędzenie kupców ze świątyni było bardzo gwałtowne. Jak słyszeliśmy, „Jezus sporządził bicz ze sznurków i powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał”. Gdzie jest ten Jezus, który mówi o przebaczeniu, o miłości, o dobroci? Z czego wynika tak wydawałoby się odmienne zachowanie Jezusa? Czy w naszym życiu jednak nie jest tak, ze wielkie emocje, a nawet gniew jest znakiem, że na czymś nam bardzo zależy? Czy matka, kiedy widzi, że jej dziecko robi coś złego, nie zareaguje silnie i emocjonalnie? Nawet gniew czasami może być przejawem miłości. Gwałtowność postawy Jezusa może więc być znakiem, że chciał przekazać ważne treści swojemu otoczeniu, i słowa, które w tym kontekście wypowiada nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że istotnie tak było. „Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!” I jak dodaje autor Ewangelii, jego uczniowie przypomnieli sobie, że napisano w Pismach  „Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie”. Świątynia ma być święta, nic i nikt nie powinno tego przysłaniać. Ani kupcy, ani targowiska, ani zwierzyna, która może byłaby użyteczna do składanie ofiar. Zatracona zostaje jednak świętość tego szczególnego miejsca, a w konsekwencji samego Boga.

A dzisiaj? Czy dzisiaj Jezus nie postąpiłby taka samo? Ale wcale nie chodzi o świątynie w wymierzę materialny. Ważniejsza jest ta inna świątynia, która jest sam człowiek. Jesteśmy odkupieni krwią Chrystusa i „już nie należymy do samych siebie”. A jak wygląda nasza świątynia, która jest każdy nas? Czy jest święta? Czy jest oddana jedynie Bogu? Ile w niej jest dzisiaj niepotrzebnego kupiectwa, zatracenia tego co ważne? I to oczyszczanie naszych świątyń, świątyń naszych serc trzeba rozpocząć nie zawsze tak gwałtownie, jak w dzisiejszej Ewangelii, ale może warto zacząć od rzeczy zasadniczej: od pragnienia świętości. Aby zapragnąć stania się świętym.

Czy tego pragniemy? Kiedy słyszymy o świętości, to pewnie rzadko myślimy o tym, jako o naszym powołaniu. Ja, świętym? Przecież jestem taki grzeszny, tak często upadam, tyle słabości w moim życiu! Jak bardzo daleko moje życie odbiega od świętości! Przecież święci to Ci „herosi wiary”, jak św. Maksymilian Kobe, ks. Jerzy Popiełuszko, czy jak Jan Paweł II. Aby zostać świętym trzeba dokonać czegoś szczególnego, niezwykłego czy nawet heroicznego. Trzeba być obdarzonym niezwykłą mądrością, jak św. Tomasz z Akwinu, trzeba założyć jakieś zgromadzenie, jak wielu to uczyniło czy wreszcie oddać swoje życie za wiarę, co czyniło tak wielu niezwykłych chrześcijan. Uczyniło, co więcej nadal wielu naszych współbraci przelewa krew za wiarę w tych miejscach naszej planety, gdzie chrześcijaństwo nadal jest prześladowane. I z pewnością, kiedy porównujemy się z tymi tysiącami świętych w historii chrześcijaństwa rodzi się przekonanie, że jest to dla nas niemożliwe i nierealne. Ale może zbyt mocno utożsamiamy świętość z czymś niezwykłym, z jakimś heroizmem czy stanem bezgrzeszności. Świętość nie znaczy, że nie popełniamy czasami grzechu, że jesteśmy już tacy idealni, że nie ma w nas najmniejszej słabości. Ale czy na tym polega świętość?

Jan Paweł II w jednym ze swoich listów, Novo millenio ineunte, zaproponował przepiękną definicję świętość, która jest możliwa dla każdego chrześcijanina, Bo świętość nie jest czymś nadzwyczajnym, to dokładnie powołanie każdego z nas. To normalny stan każdego wyznawcy Chrystusa. Błogosławiony Jan Paweł II napisał, że świętość to „dążenie do (…) «wysokiej miary» zwyczajnego życia chrześcijańskiego”. Nie jest to stan idealny, to dążenie, proces, obranie właściwego kierunku. Świętość, jak pisał św. Ignacy Loyola, nie mierzy się bowiem tym, gdzie człowiek doszedł, ale co w sobie pokonał. Najważniejsze jest to, abyśmy nieustannie podążali we właściwym kierunku, bo jesteśmy ludźmi w drodze, ale oby to zawsze będzie droga ku świętości. I ma być to zmierzenie do, jak określił to Papież, do wysokiej miary życia. I ponownie z pomocą przychodzą nam dzisiejszej czytania. Gdzie znaleźć ową wysoką miarę? Na czym ona polega? Jak przypomina pierwsze czytania z dzisiejszej liturgii – jest zawarta chociażby w Dekalogu. Proste, a jakże trudne w realizacji, a to tylko Dziesięć zdań, „tylko”, albo „aż” Dekalog „Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie. Nie będziesz zabijał. Nie będziesz cudzołożył. Nie będziesz kradł. Nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadek. Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego”. Dlaczego dzisiaj jest tak często negowany? Ile razy można usłyszeć: przykazania już nie na nasze czasy, człowiek jest wolny, to on ma decydować o tym co dobre i złe. Nakazy, zakazy, ograniczania są już dzisiaj całkowicie nieaktualne. Może jednak warto spojrzeć na Dekalog inaczej; wiemy, że czasami trudno jest go realizować, że upadamy, że jest to ideał, do które zmierzymy, ale nie odrzucajmy tej „wysokiej poprzeczki”, tylko dlatego, że kosztuje to tyle wysiłku, a świat kusi nas o wiele prostszym życiem. Przykazania nie są bowiem przeciwko człowiekowi, lecz dla człowieka, to nic innego jak najprostsza „instrukcja obsługi” naszego człowieczeństwa. A dał ją Ten, który, jak słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, wie „co w człowieku się kryje”. Bóg jako nasz Pan i Stwórca, wie ile w nas jest dobra, ale też wie, jak łatwo od niego odchodzimy. Stąd konieczność tak jasnego wzorca jakim są przykazania zawarte w Dekalogu, a dopełnione w przykazaniu miłości Boga i bliźniego. One nie są przeciwko nam, one są dla nas. Abyśmy w naszym życiu, w naszym dążeniu do świętości nieustannie mieli w serach ową „wysoką miarę”, która w pełni ukazała się w osobie Jezusa Chrystusa. I naśladowanie samego Chrystusa jest drogą ku najwyższym ideałom, jest dążeniem ku świętości. Bo nawet, jak napisał św. Paweł w czytanym dzisiaj liście do Koryntian: Chrystus ukrzyżowany, „jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą”.

Ostatnim elementem definicji świętości Jana Pawła II jest… codzienność. Bo świętość, jak już słyszeliśmy, to „dążenie do (…) «wysokiej miary» zwyczajnego życia chrześcijańskiego”. Może marzy nam się świętość jako jednorazowe wspaniałe i heroiczne wyznanie wiary, jako niezwykła rozprawa teologiczna, czy niezapomniane i trwałe dzieło w postaci chociażby nowego zgromadzenia Kościoła, ale większość świętych swoją świętość realizowała w codzienności, w zwyczajnym życiu, poprzez wypełnianie zwykłych obowiązków, ale przenikniętych właśnie „wysoką miarą”, naśladowaniem Chrystusa, Jego miłości i bezinteresowności. I może ta świętość w codzienności, ta codzienna świętość wydaje nam się najtrudniejsza. Ale ponownie wsłuchajmy się w dzisiejszą Ewangelię: „Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił”. Wielu uwierzyło w Jezusa, bo widzieli znaki: cuda, słowa, postawę. My także winniśmy uwierzyć, że świętość jest możliwa, dla każdego z nas. Bo mamy i dzisiaj Jego znaki: Eucharystię, którą nas umacnia w tej drodze, wszystkie sakramenty, Słowo Boże. Tymi znakami są wszyscy święci dani Kościołowi jako wzory do naśladowania. Świętość jest możliwa, świętość jest dla nas. Ale musimy jej zapragnąć, nie jutro, nie za jakiś czas, lecz dzisiaj. Tu i teraz. Bo jest możliwa, bo to „tylko” lub „aż”: „dążenie do (…) «wysokiej miary» zwyczajnego życia chrześcijańskiego”.

Amen