Msza Św. 19.02.2012

Ks. Waldemar Rakocy CM. VII Niedziela Zwykła


UZDROWIENIE PARALITYKA

            Jakież musiało być rozczarowanie paralityka i tych, którzy z trudem spuścili go przez odkryty dach tuż przed samego Jezusa, kiedy usłyszeli: „Twoje grzechy są odpuszczone”.  Nie po to wciągali go na noszach na dach, odsłaniali jego część, a następnie na linach spuszczali do środka, by usłyszeć, że ten niepełnosprawny i cierpiący człowiek jest grzesznikiem.  Liczył na uzdrowienie, a dowiedział się, iż nagrzeszył.  Szukał uzdrowienia, a w pierwszej chwili spotkało go rozczarowanie.

            Dlaczego Jezus nie uzdrowił od razu paralityka, lecz najpierw odpuścił mu grzechy?  W tradycji biblijnej jest głęboko zakorzenione przekonanie, że kto ciężko grzeszy i nie dąży do pojednania się z Bogiem, ściąga na siebie choroby i nieszczęścia.  Psalmista stwierdza to o Izraelitach idących przez pustynię do ziemi obiecanej: „Chorowali z powodu swych grzechów” (107, 17).  A apostoł Paweł przypomina Koryntianom spożywającym niegodnie Eucharystię: „Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych, i wielu też umarło” (1 Kor 11, 30).  Nie znaczy to, iż każdy, kto choruje, ciężko zgrzeszył.  Znaczy to jedynie, że ten, kto grzeszy i nie jedna się z Bogiem, może ściągnąć na siebie nieszczęście.

Dlaczego tak jest?  Zacznę od tego, co jest dla nas oczywiste, czyli że przykładowo stres, niepokój, wewnętrzne rozdarcie, wszelkie przykre doświadczenia mają zły wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu.  Czujemy się wtedy źle, jesteśmy przygnębieni, niespokojni, a to osłabia naszą odporność i może prowadzić do chorób.  Jeżeli stan sfery psychiczno-emocjonalnej ma taki wpływ na zdrowie, to odcięcie się od Boga, dzięki któremu w ogóle istniejemy, narusza podstawy życia, harmonię wewnątrz nas i z otaczającym światem.  Odcięcie się od Jego łaski – to zadanie sobie powolnej śmierci.  Kto bowiem oddala się od źródła wody, wcześniej czy później doświadczy wyniszczającego pragnienia.  I jeżeli jest rozsądny, to nie będzie miał żalu do źródła, że się od niego oddaliło, lecz do siebie, że od niego odszedł.  Bóg nikogo nie musi karać za złe czyny.  Każdy sam wykuwa swój los.

            Kiedy paralityk liczył na uzdrowienie, Jezus zwrócił mu uwagę na jego grzechy.  Pan Jezus odpuszcza mu najpierw przewinienia, aby pokazać, że droga do pełnego zdrowia wiedzie przez naprawę relacji z Bogiem.  Uzdrowienie samego ciała nie gwarantuje pełni zdrowia.

            W powieści F. Dostojewskiego Zbrodnia i kara student prawa, Rodion Raskolnikow, dopuszcza się zbrodni.  Morduje starą lichwiarkę, której z biedy sprzedał za bezcen drogie mu rzeczy, pierścionek siostry i zegarek po ojcu.  Przypadkowy świadek zdarzenia, Lizawieta – uczciwa kobieta, staje się jego kolejną ofiarą.  Rodia chociaż usprawiedliwia swój czyn, nie umie się od niego uwolnić.  Popada w ciężki stan psychiczny – bliski obłąkaniu:  nie może spać, jeść, błąka się po mieście, obsesyjnie boi się wykrycia sprawcy.  W wyniku przeżywanego stresu doznaje ataku choroby, przejawiającej się silną gorączką, co uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie.  Prowadzący dochodzenie oficer śledczy, Porfiry Pietrowicz, jest pewien, iż to Rodion dopuścił się podwójnego morderstwa, lecz nie ma na to dowodów.  Widząc na jego twarzy zgryzotę, zachęca go, aby przyznał się do winy.  Przekonuje, że kiedy wyrzuci ją z siebie, zazna spokoju.  W przeciwnym razie będzie się stale gryzł.  Lżej mu będzie ponieść konsekwencje swego czynu i podjąć katorgę, niż nosić go w sobie.  W końcu Rodia przyznaje się do winy.  Zrzuca z siebie owo brzemię – podejmuje wyzwanie naprawy życia.  Staje się innym człowiekiem.  Wyznanie winy i zadośćuczynienie w postaci zesłania leczą znękaną duszę.

            Problemem każdej religii jest to, jak uporać się z ludzkim grzechem, czyli jak naprawić zerwaną relację z Bogiem i tym samym jak zaznać wewnętrznego pokoju.  Niektóre barbarzyńskie ludy doszły w przeszłości do przekonania, iż Boga można przebłagać jedynie krwią ludzi.  W najłagodniejszej postaci okaleczano własne ciało.  W skrajnych zaś przypadkach składano w ofierze jeńców wojennych czy niewolników, ale nieraz posuwano się do tego, iż zabijano własne dzieci.  Wedle innych szeroko rozpowszechnionych przekonań Boga można było przebłagać ofiarami ze zwierząt.  Przelewano zatem krew niewinnych stworzeń, wierząc naiwnie, iż ofiara z nierozumnego zwierzęcia może zadośćuczynić za ludzkie grzechy.  Inne ludy stosowały zaś magiczne zaklęcia, tajemne obrzędy itp. rytuały.

A Bóg nie oczekuje od grzesznika, aby składał ofiary z ludzi lub zwierząt, czy zadawał sobie cierpienie, lecz żeby wyznał swą winę i zwrócił się z prośbą o przebaczenie.  Dlaczego tak mało?  Bo człowiek niczym, co by uczynił, nie przejedna Boga i nie naprawi zerwanej z Nim relacji.  Nie ma takiej mocy. Czy ten, kto obraził króla w obecności dworzan, przebłaga go, dając mu na osobności cukierka?  Dlatego Bóg cały ciężar naprawy zerwanej przez grzech relacji bierze na siebie – bierze go na siebie w Chrystusie.  Od grzesznika zaś oczekuje, aby o tę naprawę poprosił.  Nie przebłagasz króla cukierkiem, nie przebłagasz go niczym, co posiadasz, ponieważ ma znacznie więcej od ciebie i niczego nie potrzebuje.  Ale wybaczy ci, jeżeli uznasz swą winę i poprosisz o przebaczenie.  Jedyną drogą do pojednania się z Bogiem jest odwołanie się do Jego miłosierdzia.  Nie naprawisz tej relacji, ale możesz poprosić o jej naprawę.

            Zbyt często ludzie wątpią w to, że Bóg odpuści im ich przewinienia.  Sądzą, iż najpierw muszą zasłużyć na pojednanie, czyli czegoś dokonać.  A skoro ich grzechy są wielkie, to muszą się zdobyć na coś równie wielkiego.  Takie myślenie doprowadziło jednych do przekonania, iż Bóg oczekuje krwawych ofiar; innym zaś uświadomiło ich niemoc i wygasiło nadzieję na pojednanie.  Jedni i drudzy utworzyli sobie nieprawdziwy obraz Boga.  Pierwsi stworzyli obraz Boga okrutnika, drudzy – Boga nie dającego się przejednać.  A Bóg tak, jak każdy ziemski rodzic czeka na słowo: ‘Przepraszam’.  I wystarcza Mu ono wraz z postanowieniem naprawy życia.

W Braciach Karamazow F. Dostojewskiego jest opisana scena, w której do starca i mnicha, imieniem Zosima, przychodzi pewna kobieta.  Miała złego męża.  Kiedy chorował, przyczyniła się do jego śmierci – aby się od niego uwolnić.  Teraz, kiedy sama liczy się ze śmiercią, ma wyrzuty sumienia i boi się umrzeć.  Wyspowiadała się z tego już wcześniej, ale nie może się wciąż uwolnić od lęku przed Boskim sądem.  Ów starzec i mędrzec, do którego przyszła z prośbą o radę, pociesza ją słowami:

„Niczego się nie bój i nigdy się nie bój, i nie gryź się.  […] Bóg wszystko wybaczy.  Grzechu takiego zresztą nie ma i nie może być na ziemi, żeby go Bóg nie przebaczył temu, kto prawdziwie żałuje za winy.  A zresztą człowiek w ogóle nie może się dopuścić tak wielkiego grzechu, żeby wyczerpał nieskończoną miłość Bożą.  Albo to może być taki grzech, który przerósłby miłość Bożą?  Żałuj tylko za winy […], a strach wszelki od­pędź od siebie.  Uwierz, że Bóg kocha cię tak, jak sobie nawet nie wyobrażasz, kocha cię w twoim grzechu i mimo twojego grzechu”.

W słowach Zosimy Dostojewski wyraża głęboką myśl, że owoce odkupieńczej śmierci Chrystusa są większe od największego zła moralnego, jakiego może dopuścić się człowiek.  Nie ma takiego grzechu, którego owoce śmierci naszego Pana nie byłyby w stanie wymazać.  Moc ofiary Chrystusa jest większa niż stopień ludzkiego uwikłania się w zło.  Oto kotwica naszej nadziei: Bóg zawsze wybacza i to na podstawie aktu skruchy, czyli woli odwołującej się do Jego miłosierdzia i pragnącej odmiany życia.  A postępuje tak, gdyż jak w przypadku ziemskich rodziców wystarcza Mu, iż nas odzyskuje.  Zależy Mu na nas – nie na wymierzonej sprawiedliwości.  Kocha nas w naszym grzechu i pomimo naszego grzechu.

Uczeni w Piśmie oburzyli się, słysząc, iż Jezus odpuszcza grzechy.  Pyta ich zatem, co jest łatwiej powiedzieć: „Odpuszczają ci się twoje grzechy” czy „Wstań i chodź”.  Łatwiej jest powiedzieć ‘Odpuszczają ci się twoje grzechy’, ponieważ nie można tego sprawdzić.  Lecz naprawdę łatwiej jest uzdrowić, gdyż do tego, aby odpuścić komuś grzechy, potrzeba Boskiej mocy.  Jedynie Bóg może tego dokonać.  W trosce o całego człowieka Jezus odpuszcza najpierw grzechy paralitykowi.  Objawia się przy tym jako Syn Boży.  Czyni to wspaniałomyślnie, nie oczekując żadnej ofiary.  Wystarcza Mu głęboka wiara paralityka.  Dopiero następnie leczy go z choroby.  Daje sparaliżowanemu znacznie więcej, niż oczekiwał.

            Czy tak postępuje okrutnik?  Nie.  Czy tak postępuje ktoś niedający się  przejednać?  Nie.  Tak postępuje ten, kto jest wspaniałomyślny.  A okazana wspaniałomyślność prowadzi do zacieśnienia relacji z tym, komu się ją okazuje.  Bóg nie chce, abyśmy przez surowe ukaranie naszych win odeszli zgorzkniali i żywiący urazę.  Do istoty pojednania nie należy wymierzenie adekwatnej kary, lecz naprawienie zerwanej relacji.  Na surowości, która rozlicza do ostatniego grosza, nie zbuduje się serdecznej i szczerej więzi.  Z powodu surowej kary nawet winowajca może nosić w sercu urazę i pytać się, dlaczego nie potraktowano go łagodniej.  A gdy mu się okaże wyrozumiałość, będzie w sercu żywił wdzięczność i z wroga może stać się oddanym przyjacielem.  Dlatego to Bóg okazuje nam stale swą wielkoduszność.  Wie, że w ten sposób odzyska wdzięczne dziecko, a nie żywiącego urazę sługę.

Na zakończenie powtórzę słowa starca Zosimy: „Niczego się nie bój  […] Bóg wszystko wybaczy […].  Żałuj tylko za winy […], a strach wszelki od­pędź od siebie.  Uwierz, że Bóg kocha cię tak, jak sobie nawet nie wyobrażasz, kocha cię w twoim grzechu i mimo twojego grzechu”.  Lecz Bóg okazując taką wyrozumiałość, oczekuje szczerej chęci odmiany życia.  Tylko ten, kto jedna się z Bogiem i dąży do zmiany życia, staje się w pełni wyleczonym człowiekiem.  Amen.