Homilia abpa Adriana Galbasa
Homilia abpa Adriana Galbasa wygłoszona w dniu odpustu ku czci Podwyższenia Krzyża Świętego na zakończenie obchodów 400 lat istnienia Parafii Świętego Krzyża (tekst homilii pod nagraniem)
Krzyżu Święty nade wszystko,
drzewo przenajszlachetniejsze.
W żadnym lesie takie nie jest,
jedno, na którym sam Bóg jest.
Słodkie drzewo, słodkie gwoździe,
rozkoszny owoc nosiło.
Siostry i Bracia obecni w tej bazylice i łączący się z nami za pośrednictwem Telewizji TRWAM i Radia Maryja. Słowa tej znanej, smutnej i przejmującej pieśni kościelnej, w której rozmawiamy czule z Krzyżem Chrystusa, brzmią dziś bardzo szczególnie. Dziś bowiem mamy Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które ma swoją długą i piękną historię.
Upamiętnia ono dwa odległe wydarzenia: znalezienie relikwii Krzyża Chrystusa, co przypisuje się św. Helenie, matce cesarza Konstantyna Wielkiego w 326 roku oraz odzyskanie Krzyża z rąk Persów, co stało się za cesarza Herakliusza w 628 roku. Właśnie wtedy relikwie Krzyża zostały w uroczystej procesji wniesione do jerozolimskiej bazyliki Grobu Bożego, a od tamtej pory w tylu kawałeczkach są czczone i adorowane na całym chrześcijańskim świecie. Dla uczczenia jednego z tych kawałeczków, znajdującego się w tym ozdobnym relikwiarzu z 1592 roku, dla lignum vitae, jak głosi znajdujący się na tym relikwiarzu napis, czyli dla uczczenia drzewa życia, została wzniesiona ta wspaniała warszawska bazylika.
Są kościoły, które po prostu są w mieście i są kościoły, które są symbolem miasta. Do tych drugich należy bez wątpienia ta świątynia przy Krakowskim Przedmieściu. Trudno wyobrazić sobie Warszawę bez tego kościoła. Jego historia splata się z historią stolicy. Królewska świetność Warszawy, rozbiory, odzyskanie niepodległości, patriotyczne manifestacje, druga wojna światowa, powstanie warszawskie i zniszczenie kościoła, a potem jego odbudowa wraz z odbudową miasta.
Początki świątyni sięgają pierwszej połowy XVI wieku. Stał tu wówczas niewielki drewniany kościół, położony jeszcze wówczas poza murami miasta, przy trakcie prowadzącym na południe. W 1626 roku, a więc dokładnie 400 lat temu, biskup poznański Jan Wężyk erygował przy nim parafię Świętego Krzyża. Niewiele później, bo w 1651 roku, na zaproszenie królowej Ludwiki Marii Gonzagi przybyli tu duchowi synowie świętego Wincentego a Paulo.
Obecną monumentalną świątynię wznoszono od roku 1682. W ten sposób powstał jeden z najbardziej charakterystycznych i najpiękniejszych barokowych kościołów Warszawy. Z czasem stał się nie tylko kościołem parafialnym i polskim centrum Zgromadzenia Księży Misjonarzy, ale również swoistym sanktuarium pamięci narodowej. W jednym z filarów spoczęły serca Fryderyka Chopina i Władysława Reymonta. Tutaj odbywały się nabożeństwa i uroczystości związane z najważniejszymi momentami polskiej historii. A dzięki coniedzielnym transmisjom Mszy Świętej radiowej kościół ten jest od lat jakby kościołem parafialnym milionów Polaków z Polski i z zagranicy, zwłaszcza ludzi chorych i starszych, którzy mogą być tu na coniedzielnej Mszy Świętej.
Jak dobrze wiemy przed fasadą bazyliki stoi figura Chrystusa dźwigającego krzyż, z ręką uniesioną ku górze i napisem Sursum corda – w górę serca. Trudno o bardziej wymowny komentarz do dziejów tego kościoła. Podczas Powstania Warszawskiego świątynia została straszliwie zniszczona, a figura Chrystusa runęła z cokołu na bruk krakowskiego przedmieścia. Zachowały się przejmujące zdjęcia Chrystusa leżącego pośród ruin zdewastowanego i cierpiącego miasta. Wciąż był to jednak Chrystus, który ręką wskazywał na niebo. Tak, Sursum corda – w górę, zawsze w górę, w górę serca, w górę oczy, w górę życia. Można być przygniecionym, ale nie można być pokonanym. Można upaść, ale nie można stracić kierunku.
W naszym warszawskim Świętym Krzyżu spotykają się więc trzy krzyże. Krzyż Chrystusa, ten z Golgoty, krzyż naszego miasta oraz krzyż konkretnego człowieka, który wchodzi tu ze swoim cierpieniem, grzechem, chorobą, samotnością, niepokojem czy stratą. I nad każdym z tych krzyży brzmią te dwa słowa: Sursum corda.
Siostry i Bracia, takie wezwanie Sursum corda zawsze przekazuje nam krzyż Chrystusa. W każdym miejscu ziemi i w każdym czasie. Wszak Chrystus Pan powiedział: Jeśli kto chce pójść za mną, niech weźmie swój krzyż i niech mnie naśladuje. Istnieje pewna pokusa, chyba jedna z największych, na jakie wystawiona jest nasza wiara, by myśleć, że gdy zwiążę swoje życie z Chrystusem, to będę musiał nieść krzyż, a gdy porzucę Chrystusa, będę wolny od krzyża. W ten sposób liczni nas dzisiaj kuszą, tylko że to jest blef, a codzienność wystarczająco go weryfikuje. Bo krzyż przecież zawsze będzie. Krzyż młodości, kiedy jeszcze nie wszystko można i krzyż starości, kiedy już nie wszystko można. Krzyż braku pracy i krzyż nadmiaru pracy. Krzyż celibatu i krzyż małżeństwa. Krzyż wspólnoty i krzyż samotności. Wreszcie krzyż choroby, cierpienia, umierania i śmierci. Zawsze będzie. Każdy go dźwiga. Wierzący i nie. Pobożny i nie. Ktoś, kto jest w Kościele i ktoś, kto jest poza Kościołem. Prawdziwa alternatywa jest całkiem inna. Jeśli zwiążę swoje życie z Chrystusem, usłyszę: Sursum corda. Mój krzyż będzie miał podpórkę w jego ramionach i w jego miłości. Jeśli zaś porzucę Chrystusa, będę dźwigał swój krzyż samotnie.
To wezwanie: Sursum corda płynie też z dzisiejszej lektury Słowa Bożego. Oto jest lud Boży, który stracił cierpliwość do Boga. W owych dniach, podczas drogi, lud stracił cierpliwość i zaczęli mówić przeciw Bogu i bliźniemu – czytaliśmy przed chwilą w Księdze Liczb. To smutne, bo przecież ten lud został cudownie wyprowadzony z Egiptu. Doświadczył cudów Boga. Przeszedł przez Morze Czerwone. Otrzymał mannę. Wiedział, że Bóg go prowadzi. A jednak teraz uznał, że droga trwa zbyt długo. Nie potrafił już wytrzymać ciężaru tej drogi. Chce więc, żeby Bóg działał szybciej. I zaczyna szemrać: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny. Manna, która wcześniej była znakiem Bożej troski, teraz zostaje nazwana mizernym pokarmem. Niecierpliwość zmienia sposób patrzenia. Człowiek przestaje dostrzegać dar, a zaczyna widzieć tylko brak. Przestaje zauważać dobro, które już otrzymał, a widzi to, czego jeszcze nie ma. Zapomina, ile razy Bóg go przeprowadził przez różne dramaty, ponieważ myśli tylko o tym, że tym razem Bóg jeszcze tego nie zrobił.
Macie tak? Masz tak? Tracisz cierpliwość z powodu ciężaru zbyt długiej drogi? Cierpliwość wobec siebie. Cierpliwość wobec bliźniego. I cierpliwość wobec Boga. Lud stracił cierpliwość. Cierpliwość to umiejętność znoszenia ze spokojem tego, co trudne i tego, co przeciwne – bez złości, frustracji czy rezygnacji. To umiejętność wytrwania pomimo przeciwności. To umiejętność zachowania spokoju i opanowania w sytuacjach wymagających czasu. To nieugięte znoszenie niedoli. Cierpienie wymaga od nas cierpliwości. Nie jest ona nam potrzebna w rzeczach przyjemnych i łatwych, w związkach udanych, w fantazji życia. Nie potrzebujemy jej przy jedzeniu pysznego tortu albo podczas wakacji na Sycylii. Ale w trudnościach już tak.
Bardzo trafia do mnie to określenie Erasmusa z Rotterdamu, który mówi, że: cierpliwość to jest długi oddech. Po prostu. Długi oddech. Niecierpliwość zaś, to coś więcej, niż tylko zdenerwowanie. Niecierpliwemu człowiekowi robi się krótko w duszy. Po prostu.
Święty Paweł mówi: miłość jest cierpliwa. Cierpliwość to pierwsza cecha miłości. Zanim Święty Paweł zacznie wymieniać wszystkie inne, zaczyna od tej. Jeśli więc oblałem egzamin z cierpliwości, oblałem go z miłości. Tak, często zdarza się nam, że czasem tracimy cierpliwość wobec siebie, drugiego i wobec Boga. A cierpliwość wobec Boga to wiara. Cierpliwość wobec siebie to nadzieja. A cierpliwość wobec drugiego to miłość. To ostatnie zdanie nie jest moje, lecz Adela Bestavrosa – diakona, teologa, profesora, kopta i chyba jego jedna z najpiękniejszych sentencji: Cierpliwość wobec Boga to wiara. Cierpliwość wobec siebie to nadzieja. Cierpliwość wobec drugiego to miłość.
I jakie jest lekarstwo na niecierpliwość, która tak bardzo niszczy? Tylko jedno: Sursum corda. Kiedy na skutek własnej niecierpliwości i bluźnierstwa lud jest kąsany przez jadowite węże, Mojżesz słyszy dziwne polecenie. Ma wykonać miedzianego węża i umieścić go na wysokim palu. Dziwna propozycja. Czy kawałek pozwijanej miedzi wyglądającej jak wąż może być lekarstwem na jad prawdziwego węża? Nie. Oczywiście, że nie. Bo ratunek nie jest w miedzi, lecz w spojrzeniu. Kiedy kąsają kogoś węże, ten ma wzrok opuszczony. Patrzy w dół, patrzy na węże, próbuje odskoczyć, nie dać się. A Bóg w takiej sytuacji mówi: odwróć wzrok, spójrz do góry. Daje Ci słowo, które być może brzmi absurdalnie, ale w zaufaniu temu słowu jest ratunek. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu.
A my, bracia i siostry, na naszą niecierpliwość, na każdą sytuację, kiedy jesteśmy umęczeni tym, co trudne, ciężkie, monotonne, na każdą sytuację, w której ślepniemy, nie widząc działania Boga, dostajemy coś nieskończenie cenniejszego, niż kawałek poskręcanej miedzi. Dostajemy krzyż Chrystusa uniżonego i wywyższonego. Dostajemy chwalebną Mękę naszego Pana, Jego świętą krew i Jego zbawienną śmierć. I jesteśmy zaproszeni do tego samego, by podnieść wzrok. Sursum corda. Tak, kąsają nas węże, przygnębiają nas rozmaite cierpienia, które mają jadowite języki i które chcą nas zniszczyć. A Chrystus mówi: zaufaj mi, spójrz w górę, na Mnie. Sursum corda. I to wszystko jest powiedziane osobiście, indywidualnie.
Tak Bóg umiłował świat, że Syna swojego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne – słyszeliśmy przed chwilą te błogosławione słowa Pana. Tak Bóg umiłował świat, a na tym świecie Ciebie. Jego miłość nie zabierze Ci Twojego krzyża, ale da Ci siłę, by ten krzyż dźwigać i by zobaczyć sens w tym dźwiganiu. Da Ci siłę, byś nie przeklął i nie przeklęła w tym cierpieniu siebie, tego, kto jest obok Ciebie, a w końcu i samego Boga. Piękna jest na ten temat nauka św. Tomasza z Akwinu, który mówił, że: kto chce żyć doskonale, powinien odrzucić to, czym Chrystus na krzyżu wzgardził, a pragnąć tego, czego Chrystus na krzyżu pragnął.
Chcesz nauczyć się miłości – mówi? Patrz na krzyż. Chcesz nauczyć się pokory? Patrz na krzyż. Chcesz nauczyć się posłuszeństwa? Patrz na krzyż. I tak możemy kontynuować. Chcesz nauczyć się cierpliwości do najbliższych? Patrz na krzyż. Chcesz? Wstawcie tu cokolwiek, co jest teraz dla Was trudne i patrzcie na krzyż. Nie na darmo przecież śpiewamy, że w krzyżu nauka. Święty Tomasz mówi też, że siła krzyża jest tak wielka, ponieważ Chrystus zniósł na krzyżu nie tylko największe cierpienia fizyczne. Doświadczył tam zdrady, opuszczenia, niesprawiedliwego osądu, szyderstwa, poniżenia, bólu i w końcu śmierci. A w tym wszystkim nie przestał kochać.
Słuchaj, mój ludu nauki mojej. Nakłońcie Wasze uszy na słowa ust moich. Tak śpiewaliśmy przed chwilą w psalmie responsoryjnym. Tak właśnie zróbmy. Nakłońmy uszy. Przyjmijmy naukę krzyża. Nakłońmy oczy. Kontemplujmy krzyż Pana. Nakłońmy serca. Wznośmy je w górę. I okażmy ukrzyżowanemu Chrystusowi naszą szczerą miłość.
Droga do doskonałości wiedzie przez krzyż – naucza Katechizm Kościoła Katolickiego. Nie ma świętości bez wyrzeczenia i bez walki duchowej. Postęp duchowy zakłada ascezę i umartwienie, które prowadzą stopniowo do życia w pokoju i w radości błogosławieństw. Piękne i głębokie słowa. A święty Jan od Krzyża dopowie, że wielu z powodu dystansu do krzyża Chrystusa nie osiąga w życiu szczęścia i wysokiego zjednoczenia z Bogiem.
Jeśli się czujesz nieszczęśliwy, daleko od Boga, to może z powodu dystansu do krzyża Chrystusa. Chrystus cierpiał za was – powie święty Piotr – i zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami. On nie zszedł z krzyża, choć wołano, by zszedł. Pozostał do końca. Nie dlatego, że nie mógł zejść, lecz dlatego, że jego miłość potrafi przetrwać wszystko. Dziś tę miłość ofiarowuje nam.
Siostry i Bracia. Na koniec jeszcze jedna prośba. Krzyż Chrystusa podnosi nas. My podnośmy krzyż Chrystusa. Czyńmy ten znak ze starannością. Miejmy go na godnym miejscu w naszych domach. Dbajmy o przydrożne krzyże. Troszczmy się o to, by krzyż był obecny w przestrzeni publicznej i by był tam szanowany. Krzyż podnosi nas. My podnośmy krzyż Chrystusa.
Razem z wami dziękuję dziś Bogu za wszelkie łaski, które zlewa tutaj na swój lud już przez cztery wieki. Dziękuję też księżom misjonarzom, stróżom tego wspaniałego warszawskiego i nie tylko warszawskiego sanktuarium za to, że od niemal 400 lat opiekują się tym miejscem. I dziękuję każdej i każdemu, kto kocha ten kościół i kto tu przychodzi ze swoim krzyżem, łącząc go z krzyżem Chrystusa.
Święta Teresa, nomen omen od Krzyża, często patrząc na krzyż Chrystusa, mówiła: Krzyżu, Ty jesteś oparciem żywota. Ty mi otwierasz szczęścia jasne wrota. Sztandarze święty, pod Twym zbawczym cieniem rodzi się życia nieśmiertelna siła. Co było słabe, owiane zwątpieniem, z śmierci do życia, Twa moc je wskrzesiła.
Siostry i Bracia: Sursum corda. Niech ogłasza to także ten dzwon, który za chwilę zostanie poświęcony, tak, że jego dźwięk będzie podnosił nasze oczy i nasze serca w górę. Ale przede wszystkim niech ogłasza to nasze chrześcijańskie, pobożne życie. Sursum corda – w górę serca. Amen.




