Msza Św. 10.11.2013

Ks. Tadeusz Huk. XXXII Niedziela zwykła.

 

 Drodzy  Siostry i Bracia zgromadzenia w tej świątyni i łączący się z nami przez radio, zwłaszcza chorzy, samotni, uwięzieni.

Powoli zbliża się w Kościele koniec roku liturgicznego i coraz więcej tekstów świętych, które czytamy i rozważamy w tej końcówce roku obraca się nie tylko wokół tematów dotyczących naszego życia tutaj na Ziemi, ale coraz częściej dotyka zasadniczego ludzkiego pytania: co będzie ze mną potem, kiedy moje dni dobiegną końca? Zapowiedź życia przyszłego stanowi centrum nauczania Jezusa. Po to Jezus stamtąd, z Nieba przyszedł, żeby nam drogę do Nieba otworzyć i z nami ją przejść.

Pytanie o to, co będzie potem, dotyka każdego człowieka. Czasem myśli o tym więzień i myśli o tym strażnik, pacjent i lekarz, ksiądz i penitent, myśli o tym człowiek wierzący i niewierzący. Dyskutowali o tym ludzie za czasów Jezusa i dzisiaj dyskutują. Na wyświetlaczach publicznych w Warszawie można było zauważyć niedawno zarys dwóch postaci, z których jedna zadawała pytanie o to, co będzie z nami po śmierci a druga nieco melancholijnie odpowiadała „Pożyjemy, zobaczymy”. Jest w tej odpowiedzi zawarta chęć ucieczki przed tym trudnym pytaniem, ale też pewna bezradność, bo człowiek nie jest w stanie sam sobie na to pytanie odpowiedzieć.

Próby wyobrażenia sobie życia przyszłego jako tylko ulepszonej formy życia ziemskiego mogą nas wprowadzić w ślepy zaułek. Taką próbę podjęli saduceusze chcąc Jezusa postawić w sytuacji bez wyjścia. Zauważmy, że Jezus w swojej odpowiedzi nie zanegował możliwości istnienia bliskiego związku siedmiu mężczyzn z jedną kobietą po śmierci, tylko przedstawił  go w perspektywie boskiej: dla Boga wszyscy żyją. Nie tylko tych siedmiu mężów, ale również Abraham, Izaak i Jakub. Sposób istnienia tej wspólnoty jest inny. Nasza ziemska wyobraźnia tam nie ma dostępu. Ale będzie to na pewno doskonalsza forma naszego istnienia. Jezus obiecał, że „ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym” będą  „równi aniołom” i „dziećmi Bożymi”.

Pytanie o to, co z nami będzie po śmierci, nierozłącznie jest związane z  wizją człowieka. Kim jestem, skąd przychodzę i dokąd idę. Jest pytaniem o sens życia. Czy jesteśmy zamknięci na tym świecie i w tym czasie, a potem wszystko się kończy tu na ziemi? Czy też jesteśmy istotami nieśmiertelnymi, jesteśmy jednością ciała i duszy, które Bóg stworzył, aby Mu towarzyszyć i dzielić się Jego miłością?

Sam Bóg  umożliwił nam dojście do odpowiedzi na te pytania. Ale wymagać to będzie od nas odwagi i poświęcenia. Bo odpowiedź na nie zawiera się tylko w kluczu miłości. A miłość  łączy się z wolnym wyborem. Miłość nie jest łatwa, miłość kosztuje. Jezus po to przyszedł na świat, aby swoją odwieczną miłością prześwietlić naszą ludzką miłość. Byśmy odzyskali dostęp do miłości, która trwa wiecznie, czyli do życia wiecznego. Zapłacił za to najwyższą cenę. Umierając na krzyżu zwyciężył śmierć i przywrócił nam życie.

Póki jesteśmy na Ziemi, na tym świecie, to mamy ograniczony dostęp do miłości. Ograniczają nas własne wady i słabości i niedoskonałość naszych bliskich i dalszych osób. Dopiero w Niebie, będziemy mieli nieograniczony dostęp do miłości. Niebo, do którego zdążamy nie jest jakimś tylko wymarzonym miejscem lub stanem. Przytulnym dla stęsknionych za ciepłem, ciekawym dla pragnących przygód. Wszystkie nasze wyobrażenia o Niebie trzeba odrzucić, chociaż się nimi czasem posługujemy, bo nie potrafimy inaczej myśleć o tym, co ukrywa zasłona śmierci.

Zauważmy, że uczniowie, którzy nie mieli tak jak i my pojęcia o tym, co jest po śmierci dopytywali się Jezusa tylko o to, czy będą mogli z Nim tam przebywać. Między nimi nawiązała się więź tak silna, że pragnęli być zawsze razem. Zmartwychwstały Jezus także dopytywał się Piotra o to samo, czy ten go miłuje lub choćby kocha. Wiemy, że ta więź przechodziła różne próby, ale ostatecznie jeden po drugim ginęli. Ale odchodzili z tego świata w przekonaniu, że idą na spotkanie ze swoim Mistrzem, który ich przywita w bramach nieba.

 Tak więc zupełnie wystarczającą dla chrześcijanina jest obietnica że będziemy Boga oglądać takim jakim, bo ujrzymy Go „twarzą w twarz”. Czy czekamy z upragnieniem na takie spotkanie? Czy za nim tęsknimy? Odpowiedź wynika z naszej więzi z Bogiem. Czy się Go tylko boimy, czy mamy wpojone poczucie obowiązku, że tak trzeba. Czy za Nim tęsknimy? „Dobremu” łotrowi na krzyżu Jezus obiecał „jeszcze dziś będziesz ze mną”. Jak ja bym odebrał taką zapowiedź?

 Może przyjdą nam z pomocą nasi bliscy, którzy przygotowani byli na śmierć w każdej chwili. Zobaczmy jak się przygotowywał na tę najważniejszą chwilę życia bł. Jana XXIII,  tak napisał w swoim dzienniku: Nie trzeba mieć złudzeń, lecz zżyć się z myślą o końcu, nie z lękiem, który obezwładnia, lecz z ufnością, która utrzymuje w nas chęć życia, pracowania i służenia. Już od dawna postanowiłem trwać wiernie w tym oczekiwaniu śmierci ,,z uśmiechem", którym dusza moja się rozweseli nawet w chwili opuszczenia tego życia. Nie ma po­trzeby powtarzania tego do znudzenia innym, lecz samemu nie można o tym zapominać. Jednego tylko pragnę: by życie moje zakończyło się świątobliwie. Drżę na myśl o czekających mnie cierpieniach, odpowiedzialności i trudnościach, przewyższają­cych moje biedne siły, lecz ufam Panu.

Jezus, najczęściej mówił o Niebie jako o domu Ojca: W domu Ojca mego jest mieszkań wiele, gdyby tak nie było to bym wam powiedział…. Nie mamy innego sposobu, żeby wyobrazić sobie, to inne życie jak tylko przez obrazy z tego życia. I Jezus posługiwał się obrazami mówiącymi o miłości. Z miłości przyszliśmy na ten świat i idziemy w stronę Miłości. Takie pragnienie nosimy w sobie od chwili stworzenia. I chociaż tu na ziemi przeżywamy tę miłość w sposób kruchy i ograniczony, to na dnie serca pozostaje pragnienie za miłością nieskończoną. Tak więc idziemy w stronę miłości, w stronę życia, które się nie kończy. Ale trzeba przejść przez trudny próg jakim jest śmierć. To jest najważniejsza, a zarazem najtrudniejsza chwila w naszego życia. Pamięć o niej przypomina choćby nawet nasza codzienna modlitwa, kiedy wołamy do Matki Bożej: ..módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci. My  wiemy, że na tę godzinę przyszedł na ziemię Jej Syn, nasz Zbawiciel. On sam przeszedł tę godzinę zwycięsko i teraz pragnie ją przekraczać z każdym człowiekiem. Zostały otwarte drzwi wieczności, za którymi czeka nas Ojciec. To jest nasza nadzieja, której zapowiedź słyszeliśmy w opisie męki siedmiu braci.

Powróćmy więc jeszcze do przypomnianej nam dzisiaj w pierwszym czytaniu sceny śmierci siedmiu braci ich matki. Możemy na tę scenę patrzeć z dystansem. Ileż osób przecież zginęło za różne bezsensowne idee. W końcu cóż by się takiego stało, gdyby zjedli kawałek jakiegoś tam mięsa? Można popatrzeć też rozumowo, że w jakiś sposób bronili tylko swojej osobistej godności, nie chcieli dać się sponiewierać wrogowi.

 My za autorem natchnionej księgi klucz do sensu tej sceny odnajdujemy w słowach wypowiedzianych przez jednego z braci: „w Bogu pokładamy nadzieję”.  To jest nadzieja, za którą warto oddać ziemskie życie. Bo ta nadzieja  przekracza ziemskie życie.

Nadzieja tej rodziny nie wyrosła gdzieś w próżni. To była matka i siedmiu synów. Jakaż musiała być ta matka, że ich tak wychowała?  Gdyby między nią i jej synami nie było więzów miłości w starciu z takim prześladowaniem wszystko by się załamało. Wierność Bożemu prawu była dla nich częścią ich życia. Życia, które napełnione miłością jest otwarte na wieczność własnego istnienia. Matka nie złamała się, żeby ratować synów, żaden z nich nie złamał się, żeby ratować matkę ani braci. Ta scena pokazuje jak wielka była ich wzajemna miłość. Wiedzieli, że odrzucenie Bożego prawa uderzy w więź, która była między nimi. Zniszczy to co było najważniejsze i jedyne w ich życiu.

 Czy kaci to dostrzegli? Chyba widzieli tylko śmieszny upór i jedyne co podziwiali, to heroizm w obliczu cierpienia.

Jak to jest? Jedni zabijają tylko za to, że ktoś myśli inaczej niż oni. Święty Paweł przypomniał nam „że nie wszyscy mają wiarę”.  Jak takim ludziom opowiedzieć o „nie kończącym się pocieszeniu  i dobrej nadziei,  które  pocieszają serca i  utwierdzają w czynie i dobrej mowie”? Tak bardzo brakuje dzisiejszej Polsce dobrego czynu i dobrej mowy. Trzeba to sobie powiedzieć w przededniu Święta Niepodległości. Tak bardzo potrzebujemy jako Naród Polski dobrej nadziei, która bierze się z pamięci o tym, że nasze życie będzie trwać wiecznie. Nie da się budować dobrobytu, kultury i nie da się budować państwa, kiedy  się odrzuca to pocieszenie idące z „Góry”. Od tego, który jest Źródłem prawdziwej miłości i prawdziwego dobra.