Msza Św. 22.12.2013

Ks. Piotr Pawlukiewicz. IV Niedziela Adwentu.

 

         Ewangelia czytana w czwartą niedzielę Adwentu opowiada nam o dramatycznych wydarzeniach, jakie miały miejsce w życiu św. Józefa. Pismo Święte mówi, że ów mąż sprawiedliwy przeżywał na kilka miesięcy przed narodzeniem Mesjasza ogromne rozterki, które wywołała w nim wiadomość o błogosławionym stanie Maryi. W biblijnych komentarzach teologowie i egzegeci dyskutują, w jaki sposób Cieśla z Nazaretu dowiedział się o tym, że jego Żona spodziewa się dziecka. Najbardziej prawdopodobnym przypuszczeniem jest założenie, że Maryja sama powiedziała mu o wszystkim. Nie brakuje jednak opinii, że wybrana Niewiasta nie zdradziła swej tajemnicy nikomu, nawet Józefowi.  Widziała bowiem, że jej Mąż jest człowiekiem mądrym, dobrym a co najważniejsze, że jest człowiekiem Bożym. Maryja głęboko wierzyła, że tak jak Bóg mógł Jej objawić swoją wolę i powołanie, to w taki czy inny sposób pouczy i o wszystkim Józefa. Maryja bardzo ufała Bogu, że nie zostawi ich dwoje bez pomocy w tej dramatycznej i trudnej sytuacji. Pokładała także nadzieję w swoim Mężu, wierząc że Józef, z Bożą pomocą, nie zawiedzie w chwili próby. Jakże często brakuje nam takiej postawy w naszych relacjach, w codziennym życiu. Kiedy tylko wydaje nam się, że nasza wiedza, nasza orientacja w jakimś problemie, jest większa niż u drugiej osoby, natychmiast przyjmujemy postawę dominującą, pouczającą, kierowniczą. Mówimy krótko: „Ja wiem lepiej, a ty się na tym nie znasz.” I wtedy najczęściej żona zaczyna kierować mężem w sprawach, którymi on sam powinien się zajmować, babcia robi coś za wnuczka, odbierając mu szansę rozwijania swoich umiejętności, promotor pracy naukowej dyktuje studentowi gotowy plan, bo tak będzie szybciej i sprawniej. Kiedyś do jednego duszpasterza rodzin przyszła pewna pani i skarżyła się, że ma nieodpowiedzialnego męża. Wtedy padło pytanie: „a jaką pani daje mu odpowiedzialność?” Nieszczęśliwa żona żachnęła się: „Ja nie mogę mu dać żadnej odpowiedzialności, bo on jest nieodpowiedzialny.” Ale jeśli nie da mu pani odpowiedzialności, to on się nigdy nie stanie odpowiedzialny – przekonywał rozmówca. Zniecierpliwiona kobieta odrzekła: „Ale ja bym mu dała odpowiedzialność, gdyby on był gotowy ją podjąć.” I koło się zamyka. Maryja w zaistniałej sytuacji wiedziała o wiele więcej od Józefa i aż się prosiło, by jak jakiemuś uczniowi, wyjaśniła wszystko, a może nawet pokierowała jego postępowaniem. A jednak ona nic mu nie wyjaśniała, nie tłumaczyła, nie radziła. Wierzyła w Boga i w ukochanego człowieka. A sytuacja była naprawdę niebezpieczna. Choć w tamtych czasach i w tamtym regionie nie zawsze karano cudzołożnice kamienowaniem, to jednak takie sytuacje miały miejsce. Pamiętamy scenę, gdy przywleczono do Jezusa niewiastę pochwyconą na grzechu rozpusty. Gdyby Józef dał się ponieść wielkim i gwałtownym emocjom, jakie zazwyczaj rodzą się w sercu zdradzonego mężczyzny, Maryja znalazłaby się w wielkim niebezpieczeństwie. Nawet gdyby ocaliła życie, sprawa prędzej czy później stałaby się jawna dla wszystkich, a Jezus byłby uważany za dziecko z nieprawego łoża. Wszystko w tym momencie było w rękach Józefa. I być może choć fakty są bezlitosne – Józef przecież wiedział, że to nie jest jego dziecko – to jedna rzecz burzyła mu najbardziej oczywistsze wytłumaczenie zaistniałej sytuacji obwiniające Maryję. Co Józefowi, mówiąc najprościej, nie pozwalało do uznania swej żony za niewierną? Jej piękno. Maryja bowiem była cały czas piękna. Patrzyła Józefowi w oczy, uśmiechała się, była pełna pokoju. Nie tak wyglądają grzesznicy. Pamiętacie, co Bóg powiedział do Kaina? Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną.  Ludzie, którzy żyją w grzechu są nerwowi, niespokojni, smutni. Dlaczego Maryja jest cały czas piękna? Jak ona mogłaby zachować taki pokój w sobie, gdyby dopuściła się zdrady? To wszystko stawiało Józefa wobec tajemnicy, której on jeszcze wtedy pojąć nie mógł. Wszyscy chyba znamy powiedzenie: „Jeśli nie wiesz, jak się zachować, to zachowaj się przyzwoicie.” Józef nie rozumiał wszystkiego, ale postarał się zachować roztropnie. Postanowił napisać dla Maryi list rozwodowy. Dać jej wolność. Ona uczestniczyła w czymś, czego on nie pojmował i do czego nie został zaproszony. Nie wydał na Nią wyroku, bo nie wierzył w jej grzech, ale jednak stan błogosławiony był faktem. Dlatego Cieśla z Nazaretu odprawi Maryję. Sam także odsunie się od tej zagadkowej sytuacji. Zdawał sobie sprawę, że cała niechęć ludzi zwróci się ku niemu, ale Maryja będzie żyła. Jej honor nie będzie splamiony. Wszystko, co złe w tej historii Józef weźmie na siebie. Postanowił uczynić rzecz najpiękniejszą, jaką mężczyzna może dla niewiasty uczynić. Ochronić ją przed złem, pohańbieniem, zszarganiem jej imienia płacąc za to wysoką cenę. Analogicznie rzeczą najsmutniejszą i tragiczną jest sytuacja, kiedy małżonek sam wystawia swoją żonę na celownik grzechu i śmierci. Kiedy całymi dniami, miesiącami latami udowadnia jej, że jest głupia, naiwna i niedobra. To tak, jakby ochroniarz sam wbił nóż temu, kogo sam miał chronić.

Bracie, jeśli zachowujesz się tak, że Twoja żona, narzeczona, sympatia nie musi sprowokowana przez Ciebie chodzić do spowiedzi, to szczerze ci gratulują i podziwiam cię. Tak zachowuje się prawdziwy ochroniarz. Co byśmy powiedzieli, gdyby święty Józef przy prowadził Maryję wprost do Heroda. Nawet trudno nam chyba rzeczowo rozważyć tak absurdalny pomysł. A niejeden mężczyzna wyprowadza, jak sam mówi - swoją ukochaną, w ciemność, smutek i grzech. Wprowadza ją do zamku Heroda na diabelską egzekucje. Pamiętam wspomnienie pewnego pana, który zmusił żonę do grzesznych zachowań we współżyciu. Rano miał z tego powodu wyrzuty sumienia, więc poszedł do spowiedzi. I doznał sporego wstrząsu, kiedy zobaczył, jak przy konfesjonale spowiada się jego zapłakana żona. Przysiągł sobie wtedy, że już nigdy nie odda jej w ręce diabła. Oby na taki pomysł wpadli ci, którzy zmuszają żony do stosowania antykoncepcji, do zabiegu aborcji, do wyuzdanego seksu. Przecież mieli być ochroniarzami swoich żon, a nie przez swoje zachcianki wprowadzać w ich serca potworny ból wyrzutów sumienia i pogardy dla swojej kobiecości.

         Skoro jestem przy temacie wzajemnej powinności, które mąż i zona winni spełniać wobec siebie, to wspomnę scenę z filmu Bokser. Tytułowy bohater toczy pojedynki na ringu, nie dla sławy i tytułów, ale po to, by utrzymać rodzinę. Kiedy ma stoczyć kolejną, bardzo trudną walkę, jego żona podchodzi

do narożnika i zapewnia go o dwóch rzeczach. Mówi: Jesteś wielki i zawsze jestem z Toba. Niby to proste, ale dla wielu kobiet bardzo trudne. Kiedy chodząc po kolędzie podejmowałem niekiedy polemiczną rozmowę z gospodarzem domu, rozmowę na tematy kontrowersyjne dotyczący Kościoła, jego historii, form duszpasterstwa, to nierzadko, żona wchodząc do pokoju, nie wnikając w podejmowany temat stawała po mojej stronie, mówiąc do męża: Ty tak nie filozofuj. Specjalista od inkwizycji i wypraw krzyżowych się znalazł, a we własnym domu porządku utrzymać nie potrafi.

Józef mimo tego, że był pełen rozterek, poświęcił się dla Maryi. Poświęcił wymarzone małżeństwo, życie rodzinne. Dla Jej dobra postanowił z tego wszystkiego zrezygnować. I wtedy następuje interwencja niebios. Kiedy już wszystko wydawało się nieodwracalnie stracone, anioł przynosi radosną nowinę. Wszystko będzie ocalone. Pamiętajcie drodzy bracia i siostry. Bóg przychodzi często piętnaście minut za późno. I zawsze zdąży. Zostawił cię mąż? Lekarz powiedział, że choroba jest nieodwracalna? Coś spłonęło? Coś zgubiłeś? Ktoś powiedział żegnaj i trzasnął drzwiami? Poczekaj jeszcze te 15 minut. Daj Bogu czas na Jego wkroczenie do akcji. On chce tylko zbadać, a raczej pokazać nam, jak daleko sięga nasza wiara.

W ostatnim zdaniu dzisiejszej perykopy ewangelicznej spotykamy zwrot, który może chyba nieco kogoś zdenerwować, mam tu na myśli zwłaszcza kobiety. Czytamy bowiem, że Józef wziął do siebie Maryję. Po prostu wziął. Jak to wziął? Wziąć można ubranie, butelkę wina, coś do jedzenia, wziąć można buty, torbę podróżną, ale kobieta nie jest rzeczą, by ją sobie po prostu brać. A jednak tak mówi nam Biblia. Mówi konkretnie, stanowczo i jednoznacznie. Józef wziął. A Maryja na to bez słowa się zgodziła. Myślę, że dziś wiele kobiet, by na cos takiego nie pozwoliło. Dziś w modzie są partnerskie pertraktacje, intercyzy, umowy, że ty gotujesz trzy dni i ja gotuję trzy dni. Nie ma mowy, żeby ktoś kogoś brał. Współcześni małżonkowie chcą trwać w precyzyjnie wynegocjowanej równowadze obowiązków, pracy, wzajemnych usług. A Maryja jednak pozwoliła Józefowi wziąć się. Ktoś powie: taka wtedy była patriarchalna struktura rodziny. Na pewno jest to słuszny argument, ale w sytuacji Józefa i Maryi łatwo można wyczuć, że w swoich decyzjach nie kierowali się w tym momencie jedynie prawem i zwyczajami. To był przede wszystkim głos ich serca, ich najbardziej osobistych pragnień.. Maryja zgodziła się na to, bo widziała, jak ważna jest dla Cieśli z Nazaretu. Wiedziała na jakie poświęcenie był gotowy się zgodzić byle ocalić jej dobre imię a nawet życie. Chyba każda kobieta, gdyby pokochała takiego mężczyznę, marzyła by o tym, aby wziął ją w swój świata.

         W jednym z majowych numerów tygodnika Niedziela przeczytałem tekst opracowany przez ks. Rafała Polaka, w którym żona pisze list do swego męża, przedstawiając mu swój punkt widzenia na poprawną relację małżeńską. Są to refleksje pisane z myślą o współczesnych związkach, ale dojrzałość o której tu mowa stanowi odwieczny fundament każdego dobrego związku na przestrzeni wieków. Oto fragmenty tego tekstu. Żona pisze do męża: żebyś miał swoje pasje. Przy których stajesz się chłopcem, o których opowiadasz z przejęciem, z których powstają rzeczy piękne. Ale nie miej ich za wiele, nie zamieniaj domu w magazyn swoich klocków, sznurków, scyzoryków. Żebyś chłopcem był tylko czasami. Rzadko. Żebyś umiał mi powiedzieć, że to, co robię jest ważne i konieczne! Sama często w to wątpię. Mów mi o tym stanowczo, weź mnie za rękę. I nie bój się tego zrobić. I mów mi zawsze prawdę. Uwierz, że nie jestem dziewczynką, którą trzeba oszukiwać, chronić kłamstewkami, bo się popłacze. Pewnie się popłaczę. Ale chcę wiedzieć. Żebyś umiał się gniewać, chodzić chmurny, żebyś nie ukrywał tego, co w Tobie dzikie, ale żebyś nie był straszny. Patrząc na Ciebie nie chcę myśleć, że świat jest straszny, że straszny jest Bóg. Pokaż mi dobrą twarz naszego Boga. Wyobraź sobie czasem, że chcę usłyszeć ni stąd ni zowąd, że jestem piękna. Że świetnie coś zrobiłam. Kiedy chcesz wziąć mnie pod swój parasol, pocieszyć głaskaniem po policzku, nie pytaj, czy możesz. Po prostu to zrób. I nie bądź babą; w tym nigdy nie będziesz lepszy ode mnie! Nie przeklinaj, kiedy trzeba iść poprosić o pomoc. Nie ma nic bardziej poruszającego, niż zraniony chłopiec, który próbuje udawać twardziela. I błagam, nie obrażaj się, nie urządzaj scen.  Lepiej próbuj rozwiązać problem, albo powiedz, z czym sobie nie radzisz, i razem spróbujemy to pokonać. Nie bój się, że mnie obciążysz swoimi problemami. Obciążysz mnie bardziej, kiedy będę musiała się domyślać, co Cię trapi.

         Święty Józefie. Módl się za tych młodych mężczyzn, których powołaniem jest małżeństwo i naturalne ojcostwo. Niech będą mężni  i wytrwali. Niech walczą o swoje rodziny, jak Ty sam walczyłeś o dobre imię Maryi i jej Syna.

AMEN